26.06.2011

136. my supersonic zebra bike

Song of the day: Katy on a mission - Katy B

'This right here I swear will end to soon'

Today wearing: top - H&M, shorts - rokit (recycle shop in camden town), flats - vagabond, orange bag - marconi, featuring - the zebra bike <3

Jutro wyjeżdzam do Ostródy na obóz - po raz pierwszy jako opiekun, a nie uczestnik, mam nadzieję że wszystko pójdzie zgodnie z planem (jestem odpowiedzialna, prócz mojej grupy, za cześć plastyczno-artystyczną obozu). W międzyczasie muszę też odebrać wynik mojej matury *stres*, a później zarejestrować go do miliona systemów rekrutacyjnych i dokonać wyboru kierunków studiów (a może jednak skandynawistyka?). No i trzymać kciuki, bym dostała się tam gdzie chcę (SGH). A póki co, roweruję weekend cały. Do zobaczenia jakoś w lipcu!

biotechnology






photo: dejw

22.06.2011

135. it's summertime, let's dance (sales loot)

Song of the day: Hey soul sister - Train

'Hey soul sister, ain't that Mr. Mister on the radio, 
stereo, the way you move ain't fair, you know!' 

Today wearing: floral top, orange fluo mini skirt - H&M ; bag, jewellery, shoes, sunglasses - primark ; bunny ring - accessorize.

Sezon letni oficjalnie rozpoczęty (a nieoficjalnie, i tak mam już od dwóch miesięcy wakacje). Paradoksalnie, właśnie rozpoczęły się wyprzedaże letnich kolekcji (szczegóły na temat kiedy i gdzie się zaczynają znajdziecie TU). Dziś prezentuję strój post-londyński, jako że wszystkie jego składniki nabyłam na tamtejszych wyprzedażach, po nieprzyzwoicie niskich cenach (w zasadzie każda rzecz, prócz butów, nie kosztowało więcej niż 3 funty). Nie są to moje wszystkie tamtejsze szafiarskie łupy, ale część z nich (tą ciekawszą, moim zdaniem) pokazałam już TUTAJ. Zostały jeszcze moje dzinsowe nabytki z niezamowitego sklepu Rokit (Camden Town), ale to z czasem także się pojawi. A więc taki tam letni strój:






No tak, zbiłam sobie kolano (ponownie). Przepraszam za mój Hello Kitty plaster (fajnie jest mieć młodsze siostry), który psuję całą harmonię tego stroju, będąc niebieskim.



biotechnology

18.06.2011

134. city break : london

Song of the day: Walk with us - The Midnight Beast

'walk with us through London town,
it's full of fun so don't bring us down'

Miejsce: Londyn
Transport: samolot (tanie linie lotnicze: Ryanair i Wizzair)
Zakwaterowanie: hostel Astor Kensington
Czas pobytu: 5 dni (4 noce)
 
Dzień pierwszy: 
Do hostelu przybywam około 14.00. Po szybkim ogarnięciu się wyruszam na pierwsze zakupy / rozeznanie w cenach i sklepach na Oxford Street. Na pierwszy ogień idzie Primark. Co tam się działo! Dzikie tłumy, gigantyczna kolejka do przymierzalni (wtedy myślałam, że przyczyną jest piątek po południu, ale we wtorek rano okazało się, że jednak to niezależnie od pory dnia i tygodnia...). Na pierwsze zakupy tam należy przeznaczyć dobre dwie godziny (później jest ławiej, gdy już wiemy czego chcemy). Ponieważ przyleciałam jedynie z bagażem podręcznym i taki też (max 10kg, walizka 40x50x25) mogłam zabrać ze sobą spowrotem, zakupy trzeba było dobrze rozplanować taktycznie ;) Po szaleństwie w Primarku niewiele czasu zostało na resztę Oxford Street, zmęczona i z siatkami wróciłam do hostelu, gdzie razem z moimi znajomymi urządziliśmy sobie ucztę z chińskich zupek.



Dzień drugi:
Pobudka dość wcześnie, bo jadę do Notting Hill na Portobello Market. I nie tylko, po drodze na słynną Portobello Road wstępuję do paru second-handów (nazwanych 'Retro Shop'). Ceny są jednak dość wysokie (20-50 funtów), więc nic nie kupuję. Po drodze na rynek przypadkowo wpadam na promocję i zostaję obdarowana na ulicy darmową schłodzoną Diet Coke w butelkach zaprojektowanych przez Karla Lagerfielda. Portobello Market był równie zatłoczony co Primark i tym razem raczej szukałam inspiracji, niż naprawdę zamierzałam coś kupić. Po przebrnięciu przez zatłoczoną ulicę udaję się do Hyde Parku. Po mieście poruszam się metrem (z uzyciem Oyster Card), więc nawet mimo godzin szczytu podróż przebiega szybko i sprawnie.
O 15.30 Hyde Park pełen był nagich rowerzystów (podobno było ich ponad tysiąc!), którzy brali udział w Naked Bike Ride. Coś takiego mogło mieć miejsce chyba tylko w Londynie. Mijam pałac Buckhingam i zmierzam w kierunku Soho, gdzie udajemy się do jedynego w swym rodzaju Bubbeleology. Lokal nieco ciansy, ale soki i koktajle z herbacianymi żelkami i dodatkami do wyboru były naprawdę niezłe. Obiadokolacja na Chinatown (zdumiewające, ale przez zdecydowaną większośc wyjazdu jadłam przysmaki kuchni azjatyckiej). Wracam do hostelu, wieczorem zaczyna padać co sprawia że wraz z przyjaciółmi zmieniamy plany i zamiast iść na L.E.D. Festival w Victoria Park, zostajemy w hostelu i zapoznajemy się z współkolatorami. Atmosfera w hostelu jest świetna.



Dzień trzeci:
Niedziela, a więc śpimy dłużej po dwóch męczących dniach. Przed południem wyruszam na spacer po Kensington. W końcu trafiam do Octavia Foundation Charity Shop, który pod względem ubrań mnie rozczarował, ale za to zachwycił wyborem książek i płyt (także winylowych). Jest on bardzo niedaleko Science Museum (a także Natural History Museum, w którym byłam podczas mojej wizyty trzy lata temu) oraz Victoria & Albert Museum. Pogoda była 'typowo brytyjska' (tzn. lało jak z cebra), więc długo się nie zastanawiałam. Spędziłam w muzeach około trzech godzin, więc zobaczyłam tylko namiastkę tego, co się tam znajduje. Po odpoczynku wracam na Soho, bo dnia poprzedniego przybyłam o 15minut za późno do sklepu Playlongue. Kupuję suweniry dla rodziny i trafiam do Japan Center, niedaleko Picadilly Circus. Obiad znów w azjatyckim stylu. 




Dzień czwarty:
Jadę na Camden. Początkowo miałam spędzić tam ok 3 godzin i jechać dalej, na Brick Lane, jednak sklepy i market były tak zajmujące, że skończyło się na niemalże 7 godzinach. Na stoiskach z ubraniami i dodatkami można było się targować, więc ostateczne ceny były nawet o połowę tańsze niż wyjściowe. Warto odbić w wąskie boczne uliczki i nie trzymać się tylko głównej ulicy, gdyż ten sam towar jest tam tańszy, a często zdarzają się oryginalne stoiska i sklepy z ręcznie robionymi akcesoriami. Przerwa w Starbucksie, na tarasie usytuowanym na dachu, z którego roztaczał się piękny widok na kanał i most na Camden. Po obiedzie (chińszczyzna, a jak!) odkryłam najciekawszy sklep w jakim byłam - Rokit , który przepełniony był (często poprzerabianymi) ciuchami w stylu vintage. Kupiłam tam po całkiem przystępnej cenie moje wymarzone dżinsowe szorty do talii oraz ogromną dżinsową torbę. Warte odwiedzenia są także charity shops sieci Traid, w których ceny są może nieco wysokie (gdy nie ma przecen, ja trafiłam na czas 'wszystko za 3 funty), ale pieniądze są przeznaczana na szczytny cel. Poza tym, szyją oni wedle swoich projektów nowe ubrania ze starych ubrań, co jest totalnie pomysłowe - nowe ubrania są naprawdę oryginalne. Po powrocie do hostelu i spakowaniu się idę wieczorem ze znajomymi (starymi i nowymi) na piknik do Kensington Garden.



Dzień piąty:
Ostatnie śniadanie w hostelu, do 10.00 zdaję klucz i wyruszam na miasto ciągnąc za sobą moją małą wypchaną po brzegi walizeczkę. Cały dzień przemierzam w nowych butach (wysokich drewnianych obcasach z Primarka, które zdecudowanie nie zmieściłyby się do bagażu podręcznego), ale na szczęście okazują sie być wygodne, więc współpraca idzie nam nieźle. Docieram metrem do Katedry Westminsterskiej, oglądam Parlament (niestety tylko z zewnątrz) i spaceruję kawałek wzdłuż Tamizy. Muszę przyznać że panorama Londynu i jego zabytki są chyba moimi ulubionymi jak do tej pory. Po spacerze wracam metrem na stację Marble Arch, niedaleko skąd ma odjechać mój autobus na lotnisko (Easybus). Zanim jednak opuszczę Londyn, idę na ostatnie zakupy w Primarku i na Oxford Street. Gigantyczny Topshop naprawdę przyprawia mnie o zawrót głowy. Warty zobaczenia, ale chyba nie umiem robić zakupów w aż tak dużych sklepach. Polecam jednak zjechanie na najniższe piętro, gdzie znajduje się dział z butami i Vintage - znalazałam naprawdę dużo inspiracji w kwestii DIY i mam nowy cel na wakacje - nauczyć się w końcu dobrze szyć. Ostatnią godzinę przed wyjazdem spędzamy w Pizzy Hut na niesamowicie dobrej pizzy i nieograniczonym barze sałatkowym. Mniam. 





Wycieczkę uważam za organizacyjny sukces, zwłaszcza że była to moja pierwsza samodzielnie organizowana wycieczka, w dodatku najniższym możliwym kosztem. Nie spóźniłam się na żaden samolot ani autobus, nawet się zbyt wiele razy nie zgubiłam. Rozpisałąm się niesamowicie, ale możę przypadkiem kogoś zachęcę do podobnej podróży. Naprawdę warto, w końcu to Londyn.
biotechnology

15.06.2011

133. green skirt and london eye

Song of the day: LDN - Lilly Allen

'There were people from the city havin lunch in the park
I believe that it's called al fresco'

Today wearing: green skirt - charity shop in camden town, tshirt - paper doll (camden market), clogs & belt - primark. 

Dziś na szybko dodaję zdjęcia z dnia ostatniego mojej podróży do Londynu (wtorek) prezentując tym samym część moich londyńskich zakupowych zdobyczy. Zielona spódnica pochodzi z charity shop'u (czegoś w rodzaju second handu) i kosztowała mnie 3 funty, pasek zaś jest z Primark'a i jest nadzwyczaj (jak na mnie) praktyczny, zwłaszcza podczas podróży. Ponieważ dzisiejszy dzień przeznaczam na rozpakowywanie się i porządki (a także zajęcia teoretyczne z prawa jazdy), dokładną relację podróżną napiszę najpewniej jutro. Londyn był cudowny. Czas wrócić do 'normalnego' życia.

biotechnology

 



 
photo: ola, dejw, biotechnology

09.06.2011

132. almost wildfox

Song of the day: The road - Frank Turner

'Ever since my childhood I've been scared, I've been afraid  
of being trapped by circumstance, of staying in one place,
so I always keep a small bag full of clothes, carefully stored 
somewhere secret, somewhere safe, somewhere close to the door.'

Today wearing: thirts (bronze & white) - sh, trousers - kapph ahl, wedges boots - bershka.

Już jutro wyruszam w moją pierwszą całkowicie własnymi siłami zorganizowaną podróż. Przez pięć dni będę wylegiwać się w Londynie i jestem tym naprawdę totalnie podekscytowana (te wszystkie sklepy!). Ponieważ wycieczka jest zaplanowana tak, by była jak najmniejszym kosztem, mam sporo wątpliwości, ale mam nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Swoją pierwszą wtopę już zaliczyłam, wpisując przez pomyłkę przydomek 'Ms' zamiast 'Mr' przy nazwisku mojego chłopaka. Na szczęście Ryanair nie drukuje tego na karcie pokładowej. Jak mawiają, głupi ma zawsze szczęście ^^. 
Na zdjęciach prezentuję mój dzisiejszy strój z akcentem na t-shirty, które pochodzą z (najlepszych na świecie) wejherowskich second handów. Przypominają mi trochę t-shirty Wildfox'a (które są świetna, ale ta cena...). To by było na tyle. Wracam we wtorek, więc pewnie za tydzień na blog powrócą relacje z podróży (a na pewno będzie co relacjonować!).
biotechnology




Tshirt no.1 z lisem w goglach:

 T-shirt no.2 z sarenką:
  photo: ola

06.06.2011

131. bow, red shorts and jeremy scott for swatch

Song of the day: The lazy song - Bruno Mars

'today I don't feel like doing anything 
I just wanna lay in my bed
don't feel like picking up my phone 
so leave a message after tone'

Toady wearing: bow&dotted tshirt - mohito, black shirt - kapph ahl, red shorts - h&m, platform shoes - new look, watch - Jeremy Scott for swatch

Piosenka dnia w gruncie rzeczy doskonale oddaje sedno sprawy. Ostatnio dni są bardzo 'lazy'. Jeżdżę rowerem, wygrzewam się na plaży, przygotowuję mentalnie do wylotu do Londynu (to już w piątek!). Właśnie wróciłam z weekendowego wypadu do babci w Wejherowie, gdzie, jak wszyscy wiedzą, mają najlepsze lody i najlepsze ciucholandy na świecie (serio serio, jeśli będziesz gdzieś w okolicy Trójmiasta i masz wolne popołudnie, koniecznie wsiądź w SKM i przygotuj się na bardzo owocne polowanie na okazje w sh). Zresztą o moich lumpeksowych zdobyczach napiszę najpewniej w następnym poście, o ile uda mi się go napisać przed wyjazdem. A dziś, choć strój jest raczej minimalistyczny, główną atrakcją są moje nowe uniwersalne platfromy-koturny z New Look'a (tak w zasadzie, to kupiłam je już z myślą o sezonie jesiennym), które są nadzwyczaj wygodne jak na tą wysokość (i pasują do wszystkiego). Plus, mój upatrzony wieki temu zegarek-obraz z kolekcji Jeremiego Scotta dla Swatch, który dostałam w prezencie od taty 'za dobre wyniki w nauce' (ha, nauka się jednak opłaca! kto by pomyślał...). Ramę od obrazu można zdjąć i zostaje klasyczny czarny swatch.
biotechnology




 

photo: dejw